78% życia czy game over?

Cześć! Witam po dłuuuugiej przerwie w publikowaniu. Uspokajam (chyba siebie), że nie była to jednocześnie przerwa w pisaniu! Wiele spraw potrzebowało przemyślenia i wynotowania wniosków. Jest ich tak wiele, że chyba niedługo osiągnę pierwszy stopień specjalizacji w dziedzinie własnych problemów. 😀 Ale! Co to za paplanie? Dzisiaj o konkretach! Pierwsza będzie kwestia… długości życia. A dokładniej tego, że często zachowujemy się jakbyśmy byli wampirami. 🙂 Wytłumaczę to. Druga kwestia – odkłamywanie siebie. Rzecz niesamowicie zaważająca na naszym szczęściu.

Zaczynam zgodnie z pierwszym punktem. Być może nie raz słyszeliście poradę, aby „żyć chwilą”. To motto rozpowszechnione na szeroką skalę i jednocześnie tak wieloznaczne, że nie da się po nim określić kim jest osoba, która taką dewizę przyjęła za swoją. Na przykład, może to być totalny szaleniec, który nie bierze odpowiedzialności za to, co robi. 😉 Albo ktoś, kto stara się w pełni koncentrować na tym momencie, który aktualnie przeżywa (np. angażować się w prowadzoną rozmowę i przede wszystkim – odbierać to, co jest do niego mówione). Bez względu na indywidualne i bardzo osobiste odczytania motta „żyj chwilą”, można te słowa rozważyć po prostu w kontekście czasu. Z pewnością zakładają one perspektywę końca, doczesności. I dlatego paradoksalne jest, że chociaż zdajemy sobie sprawę z potrzeby czerpania z każdego momentu życia, to  jednak zachowujemy się… jakbyśmy nie mieli nigdy umrzeć. Przepraszam za generalizację, pisanie w liczbie mnogiej dodaje mi otuchy. Poza tym już rozwijam, o co chodzi z tym rzekomym poczuciem nieśmiertelności. (Bez perspektywy religijnej.) Otóż, bardzo rzadko robimy coś dla siebie którym dopiero się staniemy. 🙂 Faktem jest, że przechodzimy przez różne fazy. Uczymy się, rozwijamy, zmieniamy. Skoro jest to tak oczywiste, to dlaczego by nie wziąć tego pod uwagę w działaniu? Na przykład zacząć pracować nad swoją stabilnością emocjonalną tak, żeby w przyszłości nie zostać wyprowadzonym z równowagi. Powiedzmy, że do tej pory ponosiły mnie nerwy w całkiem (?) nieszkodliwy sposób. Mogę z tym żyć. Najwyżej czasem powiem komuś parę… naście niemiłych słów. Ale dajmy na to, że za dwa lata czeka mnie tak trudny moment, konfrontacja z tak odmienną ode mnie osobą, że brak kontroli okaże się fatalny w skutkach… Nie mogę zaprzeczyć, że tak nie będzie. Szkolenie BHP odbywa się także na wypadek pewnych zdarzeń. Zamykając to zagadnienie, nie chciałabym popaść w takie mdło i nie wiem co-sentencjonalne podsumowanie. Chodzi o zajrzenie do własnego zasobu pojęć i wyciągnięcia stamtąd „czasu”, przyjrzenie mu się. (Oczyma wyobraźni widzę teraz takiego ludka z plasteliny, który jest rozciągliwy w czasie. 🙂 ) Drugie ćwiczenie w treningu, to słuchanie historii innych osób, które mówią o swoich trudnościach (mogą być też bohaterowie seriali!). Wiele razy miałam tak, że dylematy znajomej czy znajomego kompletnie mnie nie ciekawiły. Ze względu na temat. Czułam, że jest to zbyt odległe od mojego życia i ja nigdy nie będę się nad podobnymi rzeczami zastanawiała. Taa… Ciąg dalszy można sobie dopowiedzieć. 🙂

Druga kwestia jest bardziej do przemyślenia niż opisania… Oto dwa stwierdzenia: 1) Lubię swój zły humor. 2) Lubię swoje wady. | Jeśli ktoś się z nimi zgadza, to… dosyć interesujące. 😀 Ale ja bym zaprzeczyła zdecydowanie. Tylko na początku… Teraz czuję pewną nieoczywistość i zmieszanie.

Odnośnie jedynki: Kiedy jestem przygnębiona to tak, że od razu widzą to osoby wokół mnie. Mobilizują się, pomagają, radzą. A ja umacniam się w roli „potrzebującego”. Mija kolejny dzień, ale nadal mam beznadziejne myśli. Po dwóch następnych dniach czuję się diametralnie inaczej! Mój stan okazał się nie być aż tak dramatyczny. Wobec czego znajomi… obojętnieją. Czują, że zostali zaangażowani w coś, co mogłam spróbować sama uleczyć w sobie. Dla jasności, nie zalecam tłamszenia odczuwanych emocji, ten przypadek dotyczy tylko stanów krótkotrwałych. W takim ujęciu stawianie wszystkich na nogi jest bezcelowe. Czy naprawdę można lubić swój zły nastrój do tego stopnia, żeby przedłużać go opowiadając o nim, martwiąc się nim – pielęgnując go?

Do dwójki: „Ja to jestem chyba zbyt uczciwy”. Słyszeliście to kiedyś? Lub w wersji z inną dowolną ale pozytywną cechą? Tylko dlaczego „zbyt” troskliwy, dokładny, miłosierny? Trudno nie cieszyć się z takich przymiotów. I to w dodatku własnych. 🙂 Mówiąc jakby o nadmiernej sile cechy podobnej do tych wymienionych, dana osoba daje wyraz temu, że czuje się np. wykorzystywana – nie wyjawia cudzej tajemnicy mimo, że ktoś (a nawet nie koniecznie ta sama osoba!) nie zachowuje się podobnie i papla na jej temat, albo mało przedsiębiorcza 😀 – oddaje znaleziony portfel. Jestem za dobra dla niego… (Nie pytajcie o szczegóły, proszę! 😉 ) Ale w głębi serca uważam, że zasługuję na pochwałę! No i tu właśnie leży problem. Przekonanie, że nie zostało się docenionym za dobre zachowanie. I dalej, czym to może „owocować”? Albo przejściem na drugą stronę mocy – już nie będę czynić dobrze, albo dążeniem do średniej. Przykładowo do pewnej średniej w byciu uczciwym. Dążę wtedy do takiego poziomu uczciwości, przy którym nie dostanę po twarzy (bo zachowałam/em swoje zasady mimo ich „nieopłacalności”) oraz jednocześnie zachowam opinię osoby uczciwej. Dwie pieczenie na jednym ogniu. I szczerze wątpię w kunszt kulinarny tego dzieła.

To tyle! Więcej refleksji niebawem. 🙂 Ściskam!

PS Tytuł notki miał być enigmatyczny i przyciągający.

 

Reklamy

Oparcie, spacery, świętość

Kochani, jesteście kochani – że tak zacznę słowami księdza, zachęcającego podczas ŚDM do wyjazdu do Lednicy. 😀 Z tym blogiem to ciekawa sprawa! Jest on publiczny, ale w zasadzie nieczytany. Wiem, że kilka wspaniałych osób tutaj zagląda. I tym samym mam problem, jak rozpoczynać notki. Myślę, że najlepszą strategią jest mówienie do baardzo sympatycznych ludzi. Nawet jak przyjdzie tu ktoś, kto ma same hejty w głowie. Lepsze to niż siano w głowie, byleby ten ktoś podał uzasadnienie.

Mogłabym pisać o tak wielu rzeczach, że najlepiej zrobię, jak skupię się na bieżących inspiracjach. Taka rada: nie ma co odgrzewać tematów, które kiedyś, tydzień temu, przedwczoraj przyszły wam na myśl. Szkoda marnować tej aury, która jest wokół w danym momencie. Co innego, kiedy czuje się, że jakaś inspiracja „z wczoraj” nie została przez nas wykorzystana, tzn. czuje się mocno, że była ona nieprzypadkowa.

Dzisiaj wystukam coś o OPARCIU. Oparcie -> kanapa -> Franciszek. 😀 Tak teraz szybują moje skojarzenia. Ale to już po fakcie. Bo jak napisałam sobie w zeszycie tę notkę, to w ogóle nie w powiązaniu ze słowami papieża. Swoją drogą, to śmieszne, że z tego co przekazał Franciszek, akurat motyw kanapowców przewija się non stop. Ciekawa jestem, czy ktoś wyłapał dla siebie coś innego z słów papieża. Jeśli tak, to proszę dajcie znać! Ja wzięłam do siebie m.in. przesłanie o tym, żeby świadczyć czynami o chrześcijaństwie (z przemówienia podczas Drogi Krzyżowej).

Być może ktoś zachęcał was kiedyś, żeby wierzyć, bo to daje poczucie bezpieczeństwa. A w gruncie rzeczy… prowadzi to do utrzymania strachu w nas na tym samym poziomie. Jednym zdaniem: żadne to rozwiązanie. Jeśli wiarę w Boga traktuje się jako oparcie, to faktycznie – uzasadniona jest obawa, że ta podpora upadnie. Przyjmowanie Boga do serca jest podejmowaniem decyzji razem z Nim. Do tego potrzeba woli, a nie kijków. 🙂 Jak będziemy się podpierać, opierać, zapierać… to nigdzie nie dojdziemy. Wiara nam towarzyszy, a nie łapie nas w locie. Jeśli nie zależało nam wcześniej na poznaniu Boga, a dzieje się coś złego, to nie ma co liczyć na to, że gdy tylko zaczniemy się chwiać, pojawi się za nami jakiś wygodny materacyk. Od tej pory, wzbogaceni o parę siniaków, będziemy musieli zacząć pracować nad swoją świętością. Tylko przedtem trzeba zapytać siebie: po co ja chcę być święty? Cóż… oto moje odpowiedzi:

Bo zależy mi na życiu w prawdzie.

Bo miłość jest najważniejszą wartością.

Bo chcę żyć po swojemu, a nie według mody czasów, w których żyję, a Bóg zna mnie najlepiej.

Bo nie chcę stać się niewrażliwa na to, jaki świat jest fascynujący (wykluczając z niego nawet wszelkie ludzkie dokonania, wciąż zachwyca lot motyla, bicie serca…).

Od urodzenia jesteśmy powołani do tego, żeby żyć w świętości (czyli nie, że w zakonie…), czyli słuchać Słowa Bożego i działać według niego. Ale nie dziwne jest, że wstając rano, szykując się do wyjścia, idąc ulicą, nie czujemy tego. Otacza nas rzeczywistość na tyle rozwinięta technologicznie, tak różnorodna w produkty i usługi, że można całkowicie się w niej zatopić. Próbować i próbować bez końca. Zaczynać wiele rzeczy i żadnej nie kończyć, a przez to czuć brak spójności – po prostu zatracać siebie. Jak wolny dzień to…? Kino, spotkanie ze znajomymi, gra na Xboxie, maraton serialu. Kiedy coś robić to…? Zawsze w konkretnym celu – np. pójść na spacer, ale po drodze wstąpić też do marketu, żeby kupić coś dobrego i sprawić sobie przyjemność. Niby nic z tym złego, że tak organizujemy swój czas. Ale też nie zyskujemy wiele.

Ja zrobiłam dziś eksperyment. Obrałam punkt docelowy, na obrzeżach miasta i… szłam.  W zasadzie bez potrzeby. Nie powiem też, żebym była bardzo na ten pomysł nakręcona. Ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Można wymienić wieeele zalet takich wędrówek. Ważne jest, aby oderwać się od znanego krajobrazu, od widoku rodzinnej wsi lub miasta. Wydawało mi się, że aby wypocząć potrzebny jest tydzień w górach lub nad morzem. Czyli koniecznie wyjazd. Oczywiście, nadal jestem za takimi wycieczkami. 🙂 Ale niesamowicie można odetchnąć podczas spaceru donikąd. Wiemy, że na miejscu nie czekają na nas żadne atrakcje, żaden hotel, pensjonat, uroczy drewniany domek. Wybieramy się w drogę, żeby IŚĆ. W domu, kiedy ma się kilka godzin samotności, takie ćwiczenie (de facto duchowe) może przybrać postać powtarzającej się, prostej czynności. Liczy się to, żeby robić coś miarowo. Ja dodatkowo zadawałam różne pytania, np. czy podoba mi się to, co widzę; dlaczego mam ochotę iść dalej, czy chciałabym, żeby tak wyglądał mój kolejny dzień… Pytałam też Boga, ale te rozmowy pozostawiam dla siebie. 🙂

WP_20160805_005

Bełkot początkującej blogerki (wybaczcie) i piękno wschodu słońca

Witam! Ostatecznie mogę tak się do Was zwrócić, bo otwieram przed Wami drzwi mojego blogu. 😉 Do tej pory nie było oficjalnego przywitania, ale widget „o mnie” niedługo zostanie uzupełniony! Chciałam napisać post o języku. I jeszcze inny – o filmie. Pierwszy o tym, dlaczego w tym blogu… 😉 Drugi to wynik mojego porządkowania notatek z wykładów. Na początek mogłoby być o anomaliach… Anomalie. Brzmi to jak nazwa następców Minionków we władaniu kreskówkowym lobby. 😀 Chodzi mi o wszystko to, co podczas oglądania filmu wybija nas z biernego patrzenia. No nie do końca wszystko. Bo cuda a’la Georges Melies, że kubek kakao jest po lewej stronie stołu, a po cięciu montażowym – po prawej, nie zaliczają się do nich. Takie wybicia to całkiem dobra sprawa, bo często składają się one na film ambitny. Ło matko… Czyli taki, gdzie jedno ujęcie trwa sto pięćdziesiąt godzin i przedstawia np. człowieka, który orze pole?! 😀  Cóż, takie też mnie nie zrażają, ale pisząc „ambitny” miałam na myśli film, który wykorzystuje swój język w pełni. Czyli nie tylko wkręcamy się w akcję – to, jak bohaterowie zadziałają i co powiedzą, ale możemy zrobić stopklatkę i obraz będzie do nas mówił – symbolami. Nie znaczy to, że print screen co sekundę da dobre rezultaty. Twórcy podsuwają nam zwykle małe podpowiedzi, co do ważności danego kadru. Jakie? To już nie w tym wpisie. Wspominając gdzieś wyżej o kubku kakao, zachciało mi się właśnie taki wypić do samego dna. Więc przepisuję teraz właściwą treść dzisiejszej notki i zmykam w wiadomym celu. 🙂 A teraz – uwaga! Budzicie się ok. 4:20…

Miałam niepokojący sen. Ale kiedy wstałam z łóżka i otworzyłam drzwi balkonowe, ogarnął mnie sen kojący wszystkie lęki. Świt wyrzucił, z właściwą sobie mocą, ramiona na boki. Nie było to leniwe przeciągnięcie, lekko jaśniejące na niebie. Patrzyłam na jarzące się smugi, które miały w sobie taką intensywność, że chciałoby się wyciągnąć przed siebie ręce i palcami wskazującymi przeciągnąć po tych liniach, i złączyć ze sobą ich końce gdzieś po drugiej stronie Ziemi. Niebo zdawało się być przyjemnie ciepłe. Lecz na zewnątrz było jeszcze dość chłodno. Zwróciłam na to uwagę, kiedy moja wizualizacja planety w świetlnych objęciach przybrała postać niezdarnego, szkolnego rysunku. A ja poczułam, że stopami dotykam zimnego parkietu. Takie mogłyby być wszystkie poranki. Chociaż dla mnie wstawanie latem o 4:20 jest istnym wariactwem. Nie ma co łudzić się, że przy sprzyjających warunkach porzucę wstawanie z budzikiem, na rzecz wstawania – no w moim przypadku – z gruchającymi na balkonie gołębiami. Nawet wcale do tego nie aspiruję. Bo takie powitanie dnia, jakie mi się przydarzyło było cudowne. To znaczy, szkoda byłoby zrobić z niego coś na kształt noworocznego postanowienia.

WP_20160705_013

Mimo to, jestem pewna, że jeszcze podczas tych wakacji złapię kilka wschodów słońca. Patrząc wtedy w niebo myślałam sobie, z kim chciałabym podzielić się takim widokiem. Gdybyśmy nie mieli podobnego odruchu, to Instagram nie pękałby w szwach. Na szczęście e-materiał jest jak na razie ultrarozciągalny. 😉 A na jeszcze większe szczęście – wschody słońca są dostępne dla wszystkich.

Fotografia, popołudniowe niebo i cyfry

Światło docierające z okna mojego pokoju miękko kładzie się na kartce papieru wyrwanej z notesu. Nie zostawia na niej żadnej smugi, wyrazistej linii, która domaga się zwrócenia uwagi na źródło. Pada lekko na słowa i czyni je przyjemnymi dla oka. Jest to światło, które zauważa się, dzięki jego subtelności. Nie męczy wzroku, pojawia się w służbie danej rzeczy, wyciągając z niej potencjał wizualny faktury i koloru. A przez sam przedmiot, który oświetla, źródło staje się piękniejsze niż wtedy, gdy opanowuje jasnością całe niebo i miesza się z jego błękitem. Chociaż takie niebo mniej ma w sobie banalności niż się wydaje!

W czasie zachodu słońca wiele osób chętnie łapie w dłonie aparat, bo jest to zjawisko, które „aż prosi się o zdjęcie”. Wschody podobnie – zachęcają pomarańczem, różem, intensywnością barw i ich kontrastem wobec świata na powierzchni ziemi, który trwa jeszcze w półmroku.

Aparatem mogę dozować światło. Przepuścić go tyle, ile mi się podoba (sprostowanie: tyle, na ile pozwala obiektyw – ale! nie ma co psuć aury tajemniczości 😉 ). Z drugiej strony bywa, że zastanę światło w doskonałej intensywności (tzn. lampka ostrzegawcza mojej wrażliwości estetycznej miga jak szalona :P). Wtedy to ja muszę nagimnastykować się, żeby oddać warunki, które panują w danej chwili. Jest to niewątpliwie wyzwanie.

A co trudnego i niezwykłego w fotografowaniu popołudniowego nieba? Filozoficznie rzecz biorąc – obserwacja. 😉 Ale jak już nastawicie swój radar fotografa na tę właśnie porę dnia, to gwarantuję, że co chwila będziecie zauważali jakieś niesamowite obrazy. To tak, jakby stwierdzić, że na świecie jest więcej ludzi chudych niż grubych. Jak przyjmiecie sobie takie zdanie za pewnik, to potem – bach! – wszędzie zauważacie ludzi chudych. Wszystko zależy od tego, na czym się skupiamy.

Wracając…do nieba ;), dodaję przykłady popołudniowych obserwacji:

IMG_8729

Technicznie w tym przypadku najważniejsze jest wydobycie delikatnych smug na niebie, ale też ustawienie przysłony na taką wartość, żeby to, co bliżej obiektywu (budynki, drzewa) było doświetlone. Oczywiście zależy to również od tego, jaki klimat chcemy uzyskać. Można zdecydować się na wyższą wartość przysłony, obiekty będą ciemne, a cięcia na niebie bardziej wyraziste.

IMG_8729-001

Powyższe zdjęcie przerobiłam dla przykładu w programie Picasa. Mnie akurat odpowiada wersja „soft”. Po pierwsze lepiej oddaje jasność i przy tym jakby senność  popołudnia, de facto dobiegającego końca. Dodatkowo elementem spod znaku „snu” jest księżyc, który zaliczył mały falstart. 😉 Nie pamiętam dokładnie godziny, ale była to może 17:30. Miesiąc marzec.

A tutaj wczorajsze zjawisko:

WP_20160705_019

Zdjęcie tym razem zrobione telefonem. W sumie to niepotrzebnie marnuję je na tę notkę. Idealnie sprawdziłoby się do wpisu w stylu „7 sposobów na”. Chyba jest „coś” w takich postach. Chce się je czytać, bo człowiek wie czego się spodziewać. Jak piszą siedem, to nie będzie tego osiem czy dziesięć. Poza tym publikujący musi znać bardzo precyzyjne rozwiązania, skoro uznał, że tyle punktów będzie idealną cyfrą (już abstrahując od siódemki, ok? :D). Ja zawsze jestem pełna podziwu, że autor blogu/vlogu ma dla innych takie proste wyjście, kilkupunktową ekstraradę. I niejednokrotnie klikam, żeby z miejsca zmienić swoje życie. 😉 Często się rozczarowuję, czasem ubawię. W każdym razie… to zdjęcie mogło mieć lepsze przeznaczenie! No nic, zostawiam Wam tutaj śliczną, niebiańską siódemkę i życzę dobrego popołudnia!

O niebieskim i zielonym, logice oraz akceptacji

Tekst, który mam dla Was, napisałam piątego czerwca. Jeszcze przed założeniem tego blogu. Ale sądzę, że jest nie najgorszy, jak na początek. Dla jasności: są w nim moje przemyślenia na temat wiary. I tu ważne – nie uważam się za super katoliczkę, bo dopiero wchodzę w „te obszary”. 🙂 Poczytajcie sobie, co też kryje się pod dziwną nazwą notki. A jeśli coś was zaintryguje/rozbawi/wkurzy, proszę o komentarz (na lepszy start)!

U niektórych wola, jak kartka papieru zanurzona w wodzie momentalnie rozmięka. Nie znaczy to jednak, że ci ludzie są głupi. Oni tylko otrzymują taki efekt, na który zasłużyli brakiem pracy nad wolą. Można porównywać się z nimi i jednocześnie zauważać swoją MOC. 😉 Myśleć, że jest się dobrym człowiekiem, bo skutecznie opiera się kilku rzeczom.

Ale traktując takie stwierdzenie, jako punkt wyjścia, jesteśmy skazani na kolejne błędy. Bo? Zaczynamy od czegoś, co uważamy za „dobry poziom” i w efekcie schodzimy powolutku coraz niżej. Następnie, po paru latach, stwierdzamy z żalem, że kiedyś byliśmy mocniejsi (bo teraz nie potrafimy wstać rano w weekend – a wcześniej, przy wielkim samozaparciu, szczególnie w przypadku tzw. „sów”, mogliśmy; coraz częściej chce nam się zapalić – a wcześniej było to raczej obojętne „mogę, nie muszę”, od miesiąca nie byliśmy na żadnym ciekawym wydarzeniu – a w szufladzie mamy wiele biletów, w komputerze zdjęć z ubiegłorocznych spotkań i wszelkiego rodzaju wyjść). A jednak byliśmy aktywnymi osobami! Nawet nie sądziliśmy, że aż tak. Bo to AŻ wynika z porównania obecnego stanu z przeszłością. W dodatku taką, która nadal istnieje, bo jest w nas. Ta przeszłość doprowadziła do tego, że wciąż mamy ochotę stawać się lepszym człowiekiem. A jeśli tak nie jest, to możliwe, że brakuje nam akceptacji.

Dzisiaj w ewangelii było o uzdrowieniu (Łk 7, 11-17). Jezus dokonał cudu, wskrzesił zmarłego syna wdowy, „a wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: «Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg łaskawie nawiedził lud swój»”. Jest mowa o wielu uzdrowieniach w Piśmie. W cudach Syn Boży objawiał swoją boską naturę. Współcześnie też słyszymy, czytamy o cudach, ale np. jakoś na co dzień nie widzimy ich w naszym najbliższym środowisku. Za to możemy często zadawać sobie pytanie: Czy naprawdę tego chciał dla mnie Pan? Albo: Gdzie jest Boża sprawiedliwość? Zależy jaką miarą się posługujemy.

Z punktu widzenia logiki – wszystko można podważyć. Świetnie widać to na przykładzie polemik filozofów i ich zupełnie odmiennych od siebie stanowisk. My również, mając dostęp do ich dorobku, możemy sobie w domowym zaciszu polemizować i podważać ich definicje. Np. Spinoza twierdził, że sympatia jest to miłość, o ile pobudza ona człowieka tak, że cieszy się z dobra czyjegoś, i przeciwnie, smuci się z czyjegoś zła. Miłość została przez niego sprowadzona do zadowolenia z czyjegoś powodzenia i smutku, kiedy dzieje się przeciwnie. Można też to zdanie rozumieć jeszcze inaczej: o sympatii mówimy wtedy, gdy miłość oddziałuje na nas z taką siłą, że cieszymy się z czyjegoś dobra i smucimy z jego zła. Czyli miłość nie jest czymś stałym, niezmiennie silnym, ale może różnorako człowieka pobudzać. Obu wersjom dało by się coś zarzucić. Różne sensy wynikają z jednej budowy zdania. Chodzi o to, że w sferze dociekań umysłowych istnieje miejsce na wiele twierdzeń. Można je mnożyć bez końca. A nawet udowodnić kompletne bzdury.

Logika jednak wymięka, kiedy porówna się ją do łaski i akceptacji. Bo kiedy nasza filozofia życiowa zostaje zachwiana, podważona, zweryfikowana przez nagłe wydarzenia, to tak jakby sufit zawalił nam się na głowę. Łatwo jest też wpaść w nienawiść do siebie, uznać się za kogoś głupiego, kto nie potrafi zorganizować sobie życia (i dobrze zaprojektować jego architektury 🙂 ). Sęk w tym, że wszystko co o sobie myślimy, często nam się tylko takie WYDAJE. Po co powstał świat? Ponieważ Bóg stworzył go z miłości.

To jest krótka, ale treściwa odpowiedź, która wynika z logiki Boga. Natomiast drażni logikę człowieka. Jest banałem, czymś niewystarczającym. I tylko punktem wyjścia, kiedy tak naprawdę jest puentą. Cudownie byłoby pokonać swoje człowiecze opory i stwierdzić: Bóg chciał mnie taką/takiego, więc siebie akceptuję. Nie jest to remedium na dylematy typu: jestem za brzydki, jestem niewystarczająco utalentowany, za mało zaradny. To odpowiedź na to, jaki jest sens ludzkiego bycia i działania na tym świecie. Często nie potrafię zrozumieć, że ktoś przywiązuje wagę do rzeczy, które mnie mało obchodzą. I powtarzam sobie: „No nie! Nie możliwe, że on/ona to lubi, że podziwia takie a takie osoby. Nie mo-żli-we”. A jednak. I reprezentujemy ten sam gatunek! 🙂 Co dopiero, gdy przychodzi zrozumieć Boga. Warto to przemyśleć. Tymczasem, na koniec mała refleksja, którą podaję dalej za pewną mądrą osobą (może wybaczy mi, że wyłuskałam dla siebie akurat taką drobinę z naszych rozmów, ale też – jedną z wielu!).
WP_20140822_002-001

[Uwaga! Nie dla ekstrawagantów. 😛 ] Pewnie nie zestawiłabyś razem, szykując ubranie, takich odcieni zielonego i niebieskiego, boby się ze sobą gryzły. A w naturze – wyglądają dobrze.
No właśnie, ile zjawisk jest tak nieprzekładalnych?