78% życia czy game over?

Cześć! Witam po dłuuuugiej przerwie w publikowaniu. Uspokajam (chyba siebie), że nie była to jednocześnie przerwa w pisaniu! Wiele spraw potrzebowało przemyślenia i wynotowania wniosków. Jest ich tak wiele, że chyba niedługo osiągnę pierwszy stopień specjalizacji w dziedzinie własnych problemów. 😀 Ale! Co to za paplanie? Dzisiaj o konkretach! Pierwsza będzie kwestia… długości życia. A dokładniej tego, że często zachowujemy się jakbyśmy byli wampirami. 🙂 Wytłumaczę to. Druga kwestia – odkłamywanie siebie. Rzecz niesamowicie zaważająca na naszym szczęściu.

Zaczynam zgodnie z pierwszym punktem. Być może nie raz słyszeliście poradę, aby „żyć chwilą”. To motto rozpowszechnione na szeroką skalę i jednocześnie tak wieloznaczne, że nie da się po nim określić kim jest osoba, która taką dewizę przyjęła za swoją. Na przykład, może to być totalny szaleniec, który nie bierze odpowiedzialności za to, co robi. 😉 Albo ktoś, kto stara się w pełni koncentrować na tym momencie, który aktualnie przeżywa (np. angażować się w prowadzoną rozmowę i przede wszystkim – odbierać to, co jest do niego mówione). Bez względu na indywidualne i bardzo osobiste odczytania motta „żyj chwilą”, można te słowa rozważyć po prostu w kontekście czasu. Z pewnością zakładają one perspektywę końca, doczesności. I dlatego paradoksalne jest, że chociaż zdajemy sobie sprawę z potrzeby czerpania z każdego momentu życia, to  jednak zachowujemy się… jakbyśmy nie mieli nigdy umrzeć. Przepraszam za generalizację, pisanie w liczbie mnogiej dodaje mi otuchy. Poza tym już rozwijam, o co chodzi z tym rzekomym poczuciem nieśmiertelności. (Bez perspektywy religijnej.) Otóż, bardzo rzadko robimy coś dla siebie którym dopiero się staniemy. 🙂 Faktem jest, że przechodzimy przez różne fazy. Uczymy się, rozwijamy, zmieniamy. Skoro jest to tak oczywiste, to dlaczego by nie wziąć tego pod uwagę w działaniu? Na przykład zacząć pracować nad swoją stabilnością emocjonalną tak, żeby w przyszłości nie zostać wyprowadzonym z równowagi. Powiedzmy, że do tej pory ponosiły mnie nerwy w całkiem (?) nieszkodliwy sposób. Mogę z tym żyć. Najwyżej czasem powiem komuś parę… naście niemiłych słów. Ale dajmy na to, że za dwa lata czeka mnie tak trudny moment, konfrontacja z tak odmienną ode mnie osobą, że brak kontroli okaże się fatalny w skutkach… Nie mogę zaprzeczyć, że tak nie będzie. Szkolenie BHP odbywa się także na wypadek pewnych zdarzeń. Zamykając to zagadnienie, nie chciałabym popaść w takie mdło i nie wiem co-sentencjonalne podsumowanie. Chodzi o zajrzenie do własnego zasobu pojęć i wyciągnięcia stamtąd „czasu”, przyjrzenie mu się. (Oczyma wyobraźni widzę teraz takiego ludka z plasteliny, który jest rozciągliwy w czasie. 🙂 ) Drugie ćwiczenie w treningu, to słuchanie historii innych osób, które mówią o swoich trudnościach (mogą być też bohaterowie seriali!). Wiele razy miałam tak, że dylematy znajomej czy znajomego kompletnie mnie nie ciekawiły. Ze względu na temat. Czułam, że jest to zbyt odległe od mojego życia i ja nigdy nie będę się nad podobnymi rzeczami zastanawiała. Taa… Ciąg dalszy można sobie dopowiedzieć. 🙂

Druga kwestia jest bardziej do przemyślenia niż opisania… Oto dwa stwierdzenia: 1) Lubię swój zły humor. 2) Lubię swoje wady. | Jeśli ktoś się z nimi zgadza, to… dosyć interesujące. 😀 Ale ja bym zaprzeczyła zdecydowanie. Tylko na początku… Teraz czuję pewną nieoczywistość i zmieszanie.

Odnośnie jedynki: Kiedy jestem przygnębiona to tak, że od razu widzą to osoby wokół mnie. Mobilizują się, pomagają, radzą. A ja umacniam się w roli „potrzebującego”. Mija kolejny dzień, ale nadal mam beznadziejne myśli. Po dwóch następnych dniach czuję się diametralnie inaczej! Mój stan okazał się nie być aż tak dramatyczny. Wobec czego znajomi… obojętnieją. Czują, że zostali zaangażowani w coś, co mogłam spróbować sama uleczyć w sobie. Dla jasności, nie zalecam tłamszenia odczuwanych emocji, ten przypadek dotyczy tylko stanów krótkotrwałych. W takim ujęciu stawianie wszystkich na nogi jest bezcelowe. Czy naprawdę można lubić swój zły nastrój do tego stopnia, żeby przedłużać go opowiadając o nim, martwiąc się nim – pielęgnując go?

Do dwójki: „Ja to jestem chyba zbyt uczciwy”. Słyszeliście to kiedyś? Lub w wersji z inną dowolną ale pozytywną cechą? Tylko dlaczego „zbyt” troskliwy, dokładny, miłosierny? Trudno nie cieszyć się z takich przymiotów. I to w dodatku własnych. 🙂 Mówiąc jakby o nadmiernej sile cechy podobnej do tych wymienionych, dana osoba daje wyraz temu, że czuje się np. wykorzystywana – nie wyjawia cudzej tajemnicy mimo, że ktoś (a nawet nie koniecznie ta sama osoba!) nie zachowuje się podobnie i papla na jej temat, albo mało przedsiębiorcza 😀 – oddaje znaleziony portfel. Jestem za dobra dla niego… (Nie pytajcie o szczegóły, proszę! 😉 ) Ale w głębi serca uważam, że zasługuję na pochwałę! No i tu właśnie leży problem. Przekonanie, że nie zostało się docenionym za dobre zachowanie. I dalej, czym to może „owocować”? Albo przejściem na drugą stronę mocy – już nie będę czynić dobrze, albo dążeniem do średniej. Przykładowo do pewnej średniej w byciu uczciwym. Dążę wtedy do takiego poziomu uczciwości, przy którym nie dostanę po twarzy (bo zachowałam/em swoje zasady mimo ich „nieopłacalności”) oraz jednocześnie zachowam opinię osoby uczciwej. Dwie pieczenie na jednym ogniu. I szczerze wątpię w kunszt kulinarny tego dzieła.

To tyle! Więcej refleksji niebawem. 🙂 Ściskam!

PS Tytuł notki miał być enigmatyczny i przyciągający.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s